Zima w Trentino

W Alpach Cymbryjskich wspólnota to podstawa.

25.02.2019 - W zderzeniu dzikiej przyrody, niełatwej historii pogranicza i nieco mrocznej lokalnej mitologii z nartami, przytulnymi górskimi restauracjami i luksusowymi spa jest jakiś nieodparty urok. Uroczy są tu też ludzie, którzy otulają przybyłych życzliwością niczym puchową kołderką. Region zwany Alpe Cimbra, czyli Alpy Cymbryjskie, leży w trójkącie wyznaczonym przez trzy górskie miasteczka Prowincji Autonomicznej Trydentu (Trentino) – Folgaria, Lavarone i Luserna. Słowo daję, że gdy pomiędzy nie wpadniesz, możesz zniknąć tu na długo niczym w Trójkącie Bermudzkim.

Duchy przeszłości

Tutejsze połoniny i lasy szumią w języku cimbra, lokalnym starogermańskim dialekcie, który prawdopodobnie ok. XI wieku pojawił się tutaj dzięki bawarskim osadnikom uciekającym przed głodem. Dziś tym językiem na co dzień posługuje się zaledwie kilkaset osób, które deklarują: „Barandre sain tzimbar” („Jesteśmy Cymbrami”), a głównym ośrodkiem tej pierwotnej kultury jest Luserna nazywana czasem również „wyspą cymbryjską”. Fiorenzo Nicolussi Castellan jest jednym z założycieli tutejszego Istituto Cimbro. Centrum kultury prowadzi muzeum (z pokazową chatą osadniczą Haus von Prükk) i dokumentuje unikalne tradycje. To za jego sprawą poznajemy lokalne podania, które w XIX wieku fascynowały braci Grimm. Do dziś miejscowe dzieci oraz rodziny turystów wędrujące szlakiem cymbryjskich mitów słyszą je na dobranoc (choć czasem trudno po nich zasnąć). Jedna z bohaterek opowieści to tajemnicza Frau Pertega, która mieszka w jaskini będącej drzwiami do innego świata i opiekuje się dziećmi, które dopiero mają się urodzić. Czekając na narodziny, śpią zamknięte w dzbanach. W legendach spotkamy smoka Basilisco (zapewne krewnego warszawskiego Bazyliszka) i budzącego grozę Sambinelo, który pojawia się wraz mgłą schodzącą w doliny i gubi ludzi. Staroteutońskie demony i bóstwa – jak mówi dottore Castellan – są interpretacją sił natury, która przez wieki rządziła tu wszystkim. I dodaje, że Cymbrowie to dobrzy chrześcijanie, którzy nadal jednak mówią do leśnych zwierząt po imieniu, a o potężnym górskim wietrze powiedzą, że to „człowiek bez krwi”.

Rowery na wypasie…

W takim otoczeniu nawet sportowe aktywności smakują inaczej. Gdyby mi ktoś powiedział, że wjadę zimą na rowerze na alpejski szczyt, uznałabym to za skutek nie całkiem udanej aklimatyzacji wysokogórskiej u rozmówcy. Tymczasem w styczniowe przedpołudnie, przy idealnie słonecznej, choć mroźnej pogodzie, stoję na szczycie Monte Maggio (1853 m n.p.m.), z którego podobno czasem można wypatrzeć wenecką lagunę. Ja jej nie widzę, ale wystarczy mi w zupełności teatr cieni z warstwami niebieskich gór po horyzont. A obok, dla kontrastu, ogromny krzyż i resztki kamiennych okopów, bo tu właśnie przechodziła sto lat temu granica austriacko-włoska i trwały zaciekłe walki (I wojna światowa, bolesna dla regionu, pozostawiła po sobie wiele pamiątek, z fortami i umocnieniami włącznie). To, że dojechałam, zawdzięczam rowerowemu przewodnikowi Silvano Moratellemu, którego srebrna broda przez cały czas powiewała stylowo na wietrze obok naszej dziewczyńsko-dziennikarskiej brygady, gdy pedałowałyśmy zawzięcie do góry po śniegu na fatbike. To podrasowany zimowy rower górski z bardzo szerokimi, głęboko bieżnikowanymi oponami i elektrycznym wspomaganiem. Namęczyć się trzeba i tak, ale w nagrodę dostajemy endorfiny w żyłach, ogień w mięśniach i widoki w pamięci. Przełęcze, przepaści, lasy, zamarznięte jeziora i zamieszkujące je demony, bóstwa, strzygi.

…Wypas na deskach

Na tych, którzy preferują klasyczne szusy na dwóch albo jednej desce, czeka 80 km tras biegowych i ponad 100 km tras zjazdowych pięknie wysztruksowanych przez ratraki (ulubione polskie słowo naszych przewodników to „rrratrrrak”). A przy tym każdy znajdzie szlak dla siebie: od narciarskich wyjadaczy, przez snowboardową młodzież w każdym wieku, po rodziny z gromadką dzieci, które są tu zawsze mile widziane. Narty dla każdego należy rozumieć dosłownie. Na jednej z tras towarzyszy nam przez chwilę narciarz, który na co dzień porusza się na wózku inwalidzkim, ale w Alpe Cimbro nie jest to dla niego przeszkodą. Używa spreparowanego sprzętu narciarskiego z siedziskiem, a wspomagają go dwaj przeszkoleni instruktorzy. Mówi, że odkąd parę lat wcześniej spróbował nart, to stały się one sensem jego życia. Na sezon zimowy niecierpliwie czeka przez resztę roku. Takie marzenia realizuje jedna z najlepszych włoskich szkół narciarskich Scie di Passione. Nie dziwi więc i to, że również górski transport oraz bary i schroniska na stoku są dostosowane dla niepełnosprawnych.

Rozkosze dla ciała

Oczywiście częścią zimowego wypoczynku we Włoszech jest obowiązkowe biesiadowanie w górskich chatach i restauracjach. Narciarskie trasy pozwalają na szczęście spalić kalorie po sowitych północnowłoskich daniach (dziczyzna, pasta, polenta, wszelakie ciasta, ze strudlem jabłkowym na czele) podawanych w takich miejscach, jak choćby Stella d’Italia z szefową kuchni Francescą Rech, rodowitą Angielką, od kilkudziesięciu lat zakochaną w Claudio, z którym prowadzi schronisko, oraz w Alpe Cimbra. Zanim kolejnego wieczoru nasza dziewczyńska gromadka odda się degustacji wyjątkowo finezyjnej, choć wciąż regionalnej i autentycznej do szpiku kości kuchni w kameralnym hoteliku Malga Millegrobe, udajemy się do tutejszego centrum spa & wellness. Popularna w Trentino forma relaksu tutaj nabiera szczególnego wymiaru. Za oknem cisza, pokryte śniegiem górskie pastwiska i szczyty, jak przystało na rodzinny pensjonat stworzony na wysokości 1400 m n.p.m. w dawnych budynkach cymbryjskiego gospodarstwa. Po masażach, peelingu w łaźni parowej i prawdziwym spektaklu pod wodzą „maestro di sauna” wykwintna kolacja z miejscowymi winami smakuje niebiańsko. Serwuje ją Max, właściciel rajskiego przybytku, wraz ze swoim synem. W menu m.in. idealny stek z sarniny, risotto z największymi płatami trufli, jakie widziałam w życiu (o cymbryjscy bogowie!), i mus z białej czekolady. A dla jubilatki obecnej w naszym gronie nie zabrakło urodzinowych świeczek do zdmuchnięcia.

Ekonomia wspólnoty

Górski hotelik z restauracją oraz spa to – jak wiele innych wokół – rodzinny biznes. Familijne lub prowadzone przez lokalną społeczność od pokoleń przedsiębiorstwa są tu podstawą ekonomii. To przekłada się na wszystko. Młodzi po studiach chętnie wracają w rodzinne strony, jak nasza cymbryjska przewodniczka Irene Eghenter, która po podróżach i naukach w Amsterdamie, Belgii i Australii znów tu mieszka i pracuje, jak większość jej przyjaciół z dzieciństwa. Trentino, jako jeden z dwóch włoskich regionów autonomicznych (drugi to pobliskie Alto Adige), dysponuje własnym, wypracowanym przez mieszkańców budżetem. Może dlatego nikomu nie przeszkadza, że płacci się tu jedne z wyższych podatków we Włoszech. Takie myśli chodzą nam po głowie, gdy zwiedzamy mleczarską kooperatywę Caseificio di Altipiani e del Vezzena. Po produkcyjnym zapleczu oprowadza nas szefująca przedsięwzięciu Marisa Corradi, której twarz rozpromienia się, gdy opowiada o swojej ulubionej krowie Emilii. Prezentuje nam ekologiczne sery, które tu dojrzewają. Do kooperatywy należy kilkunastu hodowców. Oddają tu mleko, a potem dzielą się zyskiem ze sprzedaży sera, w zależności ilości i jakości mlecznego wkładu.

Dla małej górskiej społeczności przez stulecia współpraca była jedyną możliwą formą egzystencji w otoczeniu surowej przyrody. Spółdzielnie i kooperatywy nie są tutaj lewacką modą czy wymysłem współczesności, podobnie jak szacunek dla innych ludzi czy też zasobów natury i zwierząt, które gwarantowały przetrwanie. Wspólnota to podstawa, a jej efektem jest wszechobecna tu otwartość. I może tak naprawdę dlatego warto wracać na cymbryjską wyspę. Zwłaszcza że sezon zimowy trwa tu zwykle aż do połowy kwietnia, a potem przychodzi alpejskie lato z innymi górskimi przyjemnościami.

 
 
 
    #alpecimbra